Recenzja płyty „Państwo środka” zespołu Sublokator

Sublokator_Panstwo_Srodka_Okladka

Pewnego września sypiałem przy otwartym balkonie, nurzając się chciwie w ostatnich ciepłych nocach roku. Z nastaniem pierwszego weekendu października czar prysł. Zapadł zmrok. Nalałem sobie browara, włączyłem film o misji ratunkowej w kosmosie i otworzyłem balkon.

„Wydział Elektryczny! Elektryczny, oooo! Tak się bawi, tak się bawi E-lek-tryczny!” (Brzęk tłuczonego szkła). „Maks, pij, kurwa. Śpiewamy! Whisky, moja żono! Tylko tyś największą z dam. Na, na, na, jak to szło, kurwa, chuj. Elektryczny, ole ole ole!”

Zatrzasnąłem okna, zaryglowałem drzwi, na klamkach powiesiłem czosnek. Wykąpałem się w święconej wodzie. Na dachu zainstalowałem działo termiczne klasy ziemia-student. Pozbyłem się jedzenia, mając świadomość, że zapach suchej bułki może zwabić całą hordę. Nocami rzucałem z balkonu granatami zaczepnymi, jednak ucierpiał na tym wyłącznie strażnik miejski i stara baba. Wydział Elektryczny powracał co wieczór. Jedyną szansą była likwidacja Lewiatana; pozbawieni browarów za złoty siedemdziesiąt byliby bezradni. W nocy z wtorku na środę zaminowałem budynek. Podczas wykradania się przez piwniczne okno zostałem jednak zauważony przez leżącą pod stertą zjełczałych szmat studentkę Wydziału Odlewnictwa, która podniosła alarm. Była na szczęście zbyt napierdolona, aby przyjrzeć się mojej twarzy. Uciekłem. Rano saperzy zabezpieczyli sklep, a ja zamówiłem bagażówkę.

Nie mam żadnych dowodów na to, że zaplute karły z Wydziału Elektrycznego były fanami Sublokatora, jednak jest to umiarkowanie prawdopodobne. „Państwo Środka” to bowiem miałka pozycja, skierowana do targetu juwenaliowego, należy dodać: bardzo umiejętnie, bowiem na płycie znajdzie nieświeży żak wszystkie ulubione składniki. Album zalatuje na kilometry wszystkim, co polskie, darmowe i podawane w jednorazowym plastiku. Mamy więc ścinki z Lao Che wymieszane z obierkami po Świetlikach, Strachach Na Lachy, Kulcie i Püdelsach oraz okazjonalnym, mulistym doorsowaniem. Twój Morrison kupowałby AGH. Należy jednak podkreślić, że wbrew temu opisowi propozycja Sublokatora nie jest obrzydliwa, a zwyczajnie słaba i zbędna.

Nie sposób nie odnotować wyraźnie inteligenckich aspiracji Sublokatora, w czym nie pomagają jednak zespołowi teksty basisty Marcina Pawlika, ostrzeliwującego słuchacza paradoksalnymi konstatacjami, błyskotliwymi obserwacjami oraz archaizującym słownictwem. Kwiatki, czy raczej psie grzybki pokroju: „echa w stanie ejakulacji”, „kaloszy idyllicznych” czy „odpręż się, pączusiu, misiu, serdelku czy jak ci tam” przynoszą efekt odwrotny od zamierzonego i wokalista Marcin Rusek, miast mistykiem, jawi jedynym ubranym w kapelusz uczestnikiem imprezy akademickiej. Dochodzą pewne problemy frontmana z emisją głosu i, w następstwie dużego zagęszczenia tekstu, niektóre fragmenty płyty są zwyczajnie nieczytelne.

Album otwiera „Hopsa”, track zbudowany wokół riffu niechybnie mającego swoje korzenie na przeglądzie kapel studenckich w Słomnikach, nafaszerowany ciepłą kluchą patosu. Solo saksofonu uderza w tony pompatyczne. Dramaturgia rośnie, papież obgryza paznokcie, nie wiadomo już, kto jest mordercą. W wielkim finale klucha eksploduje, pozostawiając oblepionego skwarkami słuchacza sam na sam z apokaliptycznym, akordeonowym outro. Brak logo TVP Kultura w napisach końcowych pozostaje po dziś dzień niewyjaśniony.

Dalej, szczęśliwie, nie jest już tak źle, pomimo tytułu płytowej dwójki, „Improwizowanego ataku depresji”, nie zapowiadającego żadnej gradacji jakościowej. Utwór rozsądnie nie wyróżnia się niczym. „Państwo wybaczą, lecz Państwa to nie zaboli i nie zakłuje”, mówi Rusek. Ma rację. Nie boli, nie kłuje, nie obchodzi.

„Mizeria” zaskakuje zgrabną konstrukcją i świetnym gitarowym solo Tomasza Kosonia. Klimat budowany jest precyzyjnie, przestrzenie są szerokie, a oddechy głębokie. Duży potencjał tracku obracają jednak wniwecz farmazony o „pozaustrojowych ustach”, „przeciągu w sieni” i wspomnianym już „echu w stanie ejakulacji”. Konsekwentnie, numer jest niestety niesłuchalny. Wieńczący refren zbitek: „podkulając kość ogonową” ledwie mieści się w takcie, uwierając ucho.

Na wysokości czwartego numeru krystalizuje się największa siła Sublokatora: refreny, które od tego fragmentu wzwyż zaaranżowane są zacnie i skutecznie haczykują. Szczególnie trafiony jest ten z „Ziemi niczyjej”, na podśpiewywaniu którego złapałem się pewnego upalnego popołudnia na kiblu. Pobrzmiewająca syntezatorem fraza gitary wyprowadzona jest bezbłędnie i trafia jeśli nie w dziesiątkę, to przynajmniej w mocną ósemkę. Coraz lepsze wrażenie mąci niestety wtórny riff, rozpoczynający następną w kolejności „Kiełbasę i banana”, krocząc pewnie obrzyganym gościńcem, niechybnie prowadzącym wprost na Wydział Elektryczny.

Szóstka, „Gotować się do wyjścia”, poza kolejnym porządnym refrenem przynosi gościnny wokal Małgorzaty Burackiej. Jej pojawienie się powitałem niekłamaną ulgą i pewną nadzieją, aczkolwiek poza fajną, krzywą nutką saksofonu, track wpisuje się w formułę całości, nie pozostawiając w pamięci jakichkolwiek plików cookie. Refreny tymczasem okazują się nie atutem, ale i przekleństwem Sublokatora, jako że kolejne piosenki wydają się być złożone wyłącznie z nich.

Płytę wieńczy „Miasto pierwsze”, nierówne starcie Sublokatora z psychodelią, którego wynikiem jest sześć minut brei upstrzonej solówkami klawiszy oraz dramatycznymi erupcjami Złego Szumu. Utwór, a wraz z nim cała płyta, kończy się nieprzekonującą konkluzją w stylu disco.

Wiele osób usiłowało uwrażliwić mnie na majestat Sublokatora, który, pomimo starań, kompletnie umknął mojej uwadze. Kwintet z godną podziwu konsekwencją od siedemnastu lat wozi drewno do lasu, wywalczając po drodze w niektórych środowiskach faktyczny szacunek. Samo „Państwo Środka” to parę szykownych refrenów z ośmioma oklepanymi piosenkami, które specjalnie nie absorbują, nie irytują, nie męczą zwierząt, nie sprzedają narkotyków dzieciom. Nie będę więc starszych kolegów obsmarowywał, bo nie wypada, zaś do płyty nie wrócę, bo nie ma do czego.

Krakowska Scena Muzyczna, lipiec 2014