
Otwarcie pudełka to moment w przypadku „Akustroniki” newralgiczny, bowiem we wnętrzu odnajdujemy manifest. Moje brwi wędrują pytająco w górę zatroskanego czoła. „Trzymasz w ręce pierwszą na świecie płytę akustroniczną!”, wrzeszczy wewnętrzna strona okładki. Oto rozdział pierwszy, w którym dowiadujemy się, że tytułowi płyty wyznaczono zadanie poinformowania o wynalezieniu przez Ducha nowego gatunku muzycznego. Nie sposób nie zauważyć, że septet podkłada się w stylu niemalże kreskówkowym. „I can fly!”, woła Królik Bugs, wyskoczywszy przez okno, aby zawisnąć na parę sekund w powietrzu i runąć w dół niczym kawałek chabaniny.
Jakby tego było mało, manifest utrzymany jest w tonie wykładu. „Nadrzędnym wyróżnikiem gatunku: akustronika jest kreacja struktur rezonansu właściwych instrumentowi elektrycznemu oraz elektronicznemu wyłącznie za pomocą rezonatorów organicznych’. Wychodzi na to, że przed przesłuchaniem płyty należy zaopatrzyć się w zeszyt szesnastokartkowy. „Teksty inspirowane są tomem Egdara Lee Mastersa „River Anthology”, wydanym po raz pierwszy w 1915 roku w Nowym Jorku. (…) Wykorzystano również miniaturę Stanisława Wyspiańskiego „Jakżesz ja się uspokoję…” oraz elementy naturalnego metajęzyka semantycznego Anny Wierzbickiej”. Rozczarowuje brak na liście „W pustyni i w puszczy” oraz zaginionych storyboardów „Thunder in Paradise” z Hulkiem Hoganem, które Duch ewidentnie pominął w trakcie załatwiania sobie zaliczeń na polonistyce, lingwistyce, akademii teatralnej i fizyce jednocześnie.
Osobna nagroda w dziedzinie pretensji należy się osobom podpisujących swoje dokonania dwojgiem imion i nazwiskiem. „Akustronikę” sygnowało tymczasem aż dwóch takich dżentelmenów – bo, nie wiedzieć czemu, częściej są to dżentelmeni niż dżentelmenki. Jakkolwiek Piotra Aleksandra Nowaka można jeszcze zignorować, o tyle Stanisław Jan Klemens Słowiński otrzymuje ode mnie niniejszym specjalną nagrodę: Burego Wała, przyznawanego corocznie za wybitne osiągnięcia w na płaszczyźnie narcyzmu. Proszę, mogą Państwo robić zdjęcia: Bury Wał 2013 rozdany.
Za bagnami pseudointelektualizmu i błotami egocentryzmu czeka płyta nie tylko słaba, ale, wbrew panierce, równie nowatorska, co para kaloszy z Kauflandu. Duch napina się do granic możliwości, brzmiąc w rezultacie niczym wirtualny zlepek triphopu z gotyckimi odpadami organicznymi oraz lirycznym sznytem Ewy Demarczyk. W niczym nie pomaga również do granic urzygu poważny wokal Reginy Bogacz, wpompowujący w „Akustronikę” opary post-harcerskich lamentów. „Chciałam być dopasowana do tysięcy ludzkich myśli / Świecić nowym, mocnym blaskiem pożyczonej i lepszej twarzy”. Słońce wschodzi nad połoniną, łzy płyną policzkami profana. „I ty wygrałaś, ja przepadłam / W oczach świata ty żyjesz, ja jestem martwa”. W wersji Anji Orthodox tego typu trumienne lawiracje zawierały swoisty wdzięk; pensjonarstwo jest jednak pensjonarstwem, akustroniczne czy nie.
Materiału w tych okolicznościach nie uratowałby nawet Rachmaninow; nic dziwnego więc, że nie czyni tego również szóstka podpisanych pod nim muzyków, ze wspomnianym laureatem Burego Wała, Stanisławem Janem Klemensem Słowińskim, na czele. Duch postanowił bowiem zrealizować chcicę na oryginalność zastępując instrumentarium elektryczne akustycznym i tradycyjnym. Warstwa muzyczna „Akustroniki” jest jednak tak monotonna i powtarzalna, że z podobnym skutkiem mogłaby zostać zarejestrowana za pomocą odkurzaczy na wodę i szczotek do kibla.
Brzmieniowo Duch, podzwaniając łańcuchem, błąka się pomiędzy trzecioligowym triphopem a ociężałym, ostentacyjnie depresyjnym dubem. Nie jest łatwo. „Akustronika” to autentyczne pole minowe. Dodatkowo, stosuje Duch z upodobaniem specyficzny trik aranżacyjny, polegający na niespodziewanych atakach ciężkich riffów wiolonczelowych, grożących bezpośrednim zgonem ze śmiechu. Chuj w bombki strzelił, druh się pogniewał, ogniska nie będzie.
W obliczu tak przejmującego pustkowia kreatywności i dojrzałości, na pierwszy plan wybijają się nieliczne, słuchalne fragmenty, do których zaliczyć należy otwierające „Akustronikę”, dosyć zgrabne „Miasto: prolog”, wyposażone w bardzo sympatyczną modulację rytmiczną, pensjonarskiego, acz atmosferycznego „Doktora Sewera” oraz transujący „Mikromakrokosmos”, przytomnie oparty na zapętlonej frazie „Migotanie przed oczami”. Lista mogła być dłuższa, jednak z sobie tylko znanych przyczyn Duch na wysokości drugiego tracku, „Amelii G.”, dokonuje aktu przemocy na własnym utworze, rozszarpując na strzępy całkiem przyjemny, przestrzenny motyw gitarowy za pomocą jednego ze wspomnianych ataków Złej Wiolonczeli.
Dochodzi gwałt z premedytacją na portisheadowskim „All Mine” w postaci „Naszej Neny” i oto „Akustronika”: album zwracający się do słuchaczy jak do idiotów i w ten sam sposób ich traktujący. Być może ze stu kopii albumu można zbudować szałas, jeśli komuś naturalnie nie wstyd. Na pewno można dołączyć go do „Filipinki”, podrapać się nim po plecach lub wykopać w ziemi dołek. Co poza tym? Niewiele. Nie wiem, w jakim nakładzie „Akustronikę” wydano, ale było to karygodne marnotrawstwo plastiku. Mam nadzieję, że kolejna płyta Ducha – bo to nas prawdopodobnie nie ominie – ukaże się na jakimś bardziej praktycznym nośniku, jak chociażby grzebienie, papier śniadaniowy czy patyczki do uszu.
Krakowska Scena Muzyczna, luty 2013