Nie po raz pierwszy środowiska polityczne odżegnujące się z wypiekami na twarzach od czasów PRL, ochoczo powielają normy obyczajowe minionego ustroju w świadectwie codziennym. W Polsce Ludowej pedała można było między drugą a trzecią flaszką skopać na mieście dla rozrywki, bezpieka zbierała o nieheteronormatywnych obywatelach materiały do specjalnych teczek, a Milicja Obywatelska przeprowadzała w ramach akcji „Hiacynt” (1985-1987) aresztowania i naloty. Już wtedy zresztą zmuszano brawurowo pojmanych odmieńców do podpisywania oświadczeń, że nie są pedofilami, co jestem sobie w stanie spokojnie – choć nie jest to najodpowiedniejszy w tej sytuacji przymiotnik – wyobrazić w wykonaniu bogoojczyźnianego rządu PiS.
Związek Radziecki lat trzydziestych był ufryzowaną na państwo kolonią karną, w której ludzie, szczególnie ci osłabiający zdrową tkankę narodu, znikali w czarnych wołgach codziennie. Życie, nawet na umownej wolności, toczyło się na wszelki wypadek według kodeksu więziennego. Na samym dole, na obrzyganym bruku hierarchii kryminalnej znajdował się naturalnie homoseksualista; skatowanie go na ulicy wydawało się więc pomysłem pożytecznym oraz zwyczajną oszczędnością czasu. Do dziś w Rosji za czyn pedalski, a więc przeciwny racji stanu, uchodzi farbowanie włosów, śpiewanie po angielsku oraz uprawianie seksu oralnego, którego beneficjentem jest kobieta (tak!). Trudno nie odnieść wrażenia, że systemowa, stalinistyczna homofobia, przywleczona na gruzy II Rzeczypospolitej w latach czterdziestych, trafiła na podatny, rozmodlony grunt.
Projekt Barta Staszewskiego, utwardzający abstrakcyjne często dla samych głosujących uchwały do postaci znaków drogowych, wydaje się obnażającym strzałem w samo serce kołtunerii: patrzcie, co zrobiliście. Pierwsze komentarze samorządowców, w tym kuriozalne oświadczenie wójta Niedrzwicy Dużej, dowodzącego, że treść przyjętej uchwały nie narusza niczyjej godności osobistej, nie ogranicza udziału w życiu społecznym i jakichkolwiek praw, także nie widzi żadnego problemu, świadczą niezbicie o tym, że nie administruje karygodnymi aktami radnych jakkolwiek sprecyzowana nienawiść, lecz bezbrzeżna ignorancja i wspomniane już nieuctwo, poparte typowo słowiańską niezdolnością do przyznania się do błędu. Radny, katolik przecież, nie potrafi rozwinąć skrótu „LGBT”, co jest w gruncie rzeczy jego zaletą: wiadomo, że normalny człowiek i jakimiś dewiacjami się nie interesuje. Radny katolik nie dostrzega – względnie nie chce dostrzec – ludzi, przechodniów, znajomych z zakładu pracy, piekarni, Biedronki; widzi zdeprawowaną armię ciemności pod wodzą okrutnego Pedalego Króla, nadciągającą z krainy sodomistycznego kieratu. To znaczy: nie widzi, ale tyle się jednak o tym mówi teraz, a dzieci przecież trzeba chronić.
Uchwały o strefach wolnych od LGBT to nie tylko widokówka z nazistowskiej przeszłości wagonów tramwajowych z napisem: „Nur für Deutsche”; to nie tylko dyplom z laurką przyznany własnemu prymitywizmowi. Wreszcie, to nie tylko wypisanie się z norm cywilizacji zachodniej, do której wzdychaliśmy w blokach z wielkiej płyty przez połowę XX wieku; to również świadectwo ponurego faktu, że nigdy do tej cywilizacji nie należeliśmy, a trzy minione dekady nie były niczym więcej ponad sen prostaka o kawiorze i okrzesaniu. Wciąż żyjemy w stalinowskiej republice więziennej, zagryzając spirytus kiełbasą i oglądając się przez ramię na przemykające ciemnymi alejami czarne wołgi. Członkostwo Polski w Unii Europejskiej jawi się żartem, który trzeba szybko wytłumaczyć, ponieważ ewidentnie większość Europy nie zrozumiała go w porę. Nasze miejsce jest najwidoczniej na prześmierdłej węglem miedzy spornej pomiędzy Rosją a Watykanem, zapomnianym przez rozum i serdeczność skrawku ziemi, po którym wciąż stąpa Wielki Inkwizytor i jego świta.
Queer.pl, styczeń 2020: https://queer.pl/artykul/203980/mapa-nieuctwa-strefy-wolne-od-lgbt