Koronawirus królów. O wyborach prezydenckich 2020

Pogłoski o rzekomym szaleństwie zmurszałego imperatora są grubo przesadzone: jeśli ośli upór prezesa o bowiem czymś świadczy, to o atomowych pokładach cynizmu, który z kolei zawsze zamieszkuje ciemną, o ile nie najciemniejszą stronę realizmu. Tylko konsekwentne przeprowadzenie elekcji prezydenckiej w szczycie pandemii praktycznie zagwarantuje kandydatowi Dudzie obronę posępnego tytułu. Po pierwsze, przesunięcie wyborów na jakikolwiek późniejszy termin zmusi wodzów narodu do skonfrontowania się ze społeczną ewaluacją nie tylko skuteczności przeprowadzenia kraju przez kryzys, ale również stopniu przygotowania doń – a jest to stopień skrajnie rozpaczliwy, który to stan rzeczy nie przeszkodził Zjednoczonej Prawicy w przepierdoleniu za pięć dwunasta dwóch miliardów złotych na robocika propagandowego. Po drugie, zdrowy rozsądek oraz masowe wzburzenie zapewne powstrzyma od udziału w wyborczym absurdzie znaczną część uprawnionych – z pominięciem emisariuszy żelaznego elektoratu. W tym scenariuszu – kalkuluję na kolanie ze strapionym, gowinowym grymasem – zwycięża Duda w pierwszej turze z wynikiem rzędu pięćdziesięciu pięciu procent głosów przy frekwencji w okolicach procent dwudziestu.

Po trzecie natomiast i po ostatnie, jakby na to nie patrzeć – wymiana kapitana okrętu, nawet jeśli okręt ten istnieje tylko teoretycznie, a żagiel uszyty został przez załogę jej własnym sumptem z brudnych gaci, wydaje się koncepcją ryzykowną. Okręt niesterowny, unieruchomiony poprzez pat decyzyjny pomiędzy nowym kapitanem a starymi admirałami, ma znacznie większe szanse na katastrofę niż sterowany jakkolwiek. Można tą wizją wyborczo grać, ale tak naprawdę nie trzeba: instynkt przetrwania, ledwie dyszący pod wałeczkami tłuszczu i grubą warstwą popkulturowego osadu, sam podpowiada określone zachowania: nie wchodź do lasu nocą. Nie budź niedźwiedzia. Nie jedz żółtego śniegu. Nie głosuj na prawnuczkę nieżyjących od osiemdziesięciu lat patriarchów, emitującą pensjonarskie manifesty ze starannie wyreżyserowanych wnętrz przedwojennej burżuazji.

Wędrująca przy nodze Kaczyńskiego marka „wybitnego stratega”, plącząca przeciwnikom politycznym nogi i języki, wydaje się mieć coraz mniej wspólnego z rzeczywistością – o ile miała kiedykolwiek. To nie kto inny przecież niż Kaczyński wysadził za pomocą prowokacji CBA w powietrze własny gabinet osobliwości z Lepperem i Giertychem; to Kaczyński zagrał w 2007 roku w skrócenie zwycięskiej kadencji Sejmu i przegrał; to Kaczyński spędził osiem lat w beznadziejnej opozycji i głębokim upokorzeniu („nie ma z kim przegrać wyborów”); to Kaczyński, wreszcie, źle zdiagnozował emocje społeczne po katastrofie rządowego Tupolewa i przegrał bezpośrednie wybory prezydenckie z jałowym wąsaczem, drugoligowym politykiem Platformy Obywatelskiej (na którym zemścił się zresztą pięć lat później za pomocą czwartoligowego polityka Prawa i Sprawiedliwości). Gra Kaczyński od lat, z wokulszczą wytrwałością i maniackim uporem, lepiej lub gorzej, wciąż w to samo: we władzę. Plansza się nie zmienia; zmieniają się natomiast figury: nadużycie, prowokacja, mezalians, zdrada, manipulacja, propaganda, kłamstwo, tradycja, religia, brat, rodzina, duma, zamach, lęk. Czy nadszedł w końcu czas na ludzkie życie? Być może. Być może nadszedł. Nic nowego pod smoleńskim słońcem.

Queer.pl, kwiecień 2020: https://queer.pl/artykul/204266/koronawirus-krolow